środa, 8 lipca, godz. 17.00, na lotnisku w Sydney
Obudziłem się później niż zwykle. To był tydzień! Nigdy go nie zapomnę. Bardzo, bardzo intensywny. To widać na zdjęciach… Dziś pogoda pozwoliła mi zobaczyć Sydney jeszcze inaczej. I w słońcu, i w deszczu jednego dnia. Było jak zwykle pięknie. Ale i z przygodami. Remik odebrał mnie z hotelu jakoś tuż po 11. Szybki transfer do niego. Prawie pod domem, tuż przy targu rybnym, drogę zajechał nam „BARDZO DUŻY SAMOCHÓD”. W zasadzie taka laweta z kupą żelaza. Wymusił, potrącił, zniszczył nowy prawie samochód.
(Dalej…)
wtorek, 7 lipca 2009
Długi dzień. To był długi dzień. Niezapomniany… Pobudka o 5 w nocy, bo w Adelajdzie wtedy jeszcze była noc. Tego akurat nie lubię. Transfer na lotnisko bez problemu. Puste miasto. Adelajda jest ponoć na 4 miejscu tych miejsc, w których żyje się najłatwiej, najprzyjemniej… Może trzeba by o tym pomyśleć? Znajomi z Melbourne mówią, że to wiocha, ale wiocha jest miła i już. Lot do Sydney to 2 godziny. I już tutaj jestem! Prawie jak u siebie. 11 razy w ostatnich 15 latach. Kiedy robiłem dziś pierwsze zdjęcia gmachu Opery, byłem trochę wzruszony. Trochę, bo na więcej nie było czasu.
(Dalej…)
poniedziałek, 6 lipca 2009
Po 10 godzinach snu trzeba wreszcie zjeść śniadanie. Jajecznica z tostem z chleba, który upiekł Peter, owoce z jogurtem regionalnym, wiem, wszystko się kłóci! Herbata… Aż za dużo. Ale przede mną długi dzień… Będzie bez deszczu. Brenda jest punktualnie o 9. Strzelam kilka zdjęć wokół domu. Jedziemy najpierw do „Eucalyptus Destilery”. Olej eukaliptusowy jest bardzo pożyteczny i pięknie pachnie. To mi wystarcza. Po drodze kawa, herbata, ciasto… pycha zresztą, ale najważniejsze dziś to dotrzeć do Remarkable Rocks. I żeby właśnie wtedy świeciło tam słońce.
(Dalej…)
niedziela, 5 lipca 2009
Spałem źle, ale to może do trzech nocy sztuka? Samolot z Adelajdy do Kingscote na Kangaroo Island o 9.25. Niedziela… Panie Marku, a gdzie sobotnia „lista przebojów”? Jakoś zapomniałem. Czy to jest doby wykręt? Chyba tak… Niedziela, znaczy Adelajda pusta. Zwłaszcza rano. Zamiast pół godziny na lotnisko jadę 10 minut. Pan ma w samochodzie temperaturę 27.5 stopnia. A na zewnątrz takie przyjemne 11 stopni… Znowu bez śniadania. Na lotnisku bułka „gezond”, znaczy bez mięsa. Latte jak zwykle za zimna. Taka karma… A potem już wszystko o czasie. Start, lądowanie, na lotnisku Sean, który od razu robi mi zdjęcia.
(Dalej…)
sobota bez radia, 4 lipca 2009
Noc w Jacob’s Creek Cottage chyba trochę niespokojna. Było zbyt cicho (zawsze coś!)… A za oknem emu, kangury i może jeszcze jakieś zwierzęta? Rano się z nimi zakolegowałem, co widać na zdjęciach. Trzeci dzień z rzędu nie zjadłem śniadania. Może tak już mi zostanie. To nie tylko brak czasu, ale także jednak niechęć do jedzenia śniadania po północy naszego czasu. Sobota, a więc dziś na początek targ produktów lokalnych. Jednak zgłodniałem, więc próbowałem. Wyroby mięsne, warzywa, miodek, powidła, chutney… Potem kawa i w drogę po Barossa Valley. Z Jamesem.
(Dalej…)
piątek, 3 lipca 2009
Padłem wczoraj o 22. Zasnąłem tuż potem, obudziło mnie tuż potem. O 1 w nocy już mogłem wstawać. Ale po co? Przemęczyłem się trochę i znów zasnąłem. Gdyby nie Gunia, która o 8 zadzwoniła do mnie z Hobart, to bym przespał i przegapił ten dzień. A to był dzień! Nie było czasu na śniadanie, zresztą, tuż po północy naszego czasu na razie nie miewam apetytu. James czekał na mnie w lobby hotelu o 9. Oni widać tutaj są bardzo punktualni. Pojechaliśmy z Adelajdy do Barossa Valley. Jakieś 90 minut jazdy samochodem. Na tutejsze odległości to jedna chwila.
(Dalej…)
czwartek, 2 lipca 2009
Cuda się jednak zdarzają. Jakoś tak pod koniec ubiegłego roku, kiedy już wiadomo było, że na ekrany także naszych kin miała wejść „Australia”, kupiłem wino Jacob’s Creek z takimi kapelusikami. Na kartoniku było napisane, żeby wejść na odpowiednią stronę w internecie. Wszedłem i wziąłem udział w dwustopniowym konkursie dotyczącym wina. Tak dla sportu, bo przecież wiedziałem, że nie mogę wygrać wycieczki do Australii. Kilkanaście tygodni później zadzwonił telefon. Miła Pani powiedziała: „dzwonię do Pana w imieniu marki Jacob’s Creek”.
(Dalej…)
wtorek, 30 czerwca 2009, późny wieczór
Frankfurt nad Menem. Myślimy, że jesteśmy w Europie. Nie jesteśmy. Oni są. Wsiadanie do samolotu w Warszawie to wioska. Niestety wioska. A village! Wstyd jak beret. Nie musze wyjaśniać o co chodzi tym, którzy latają. Tym, którzy dopiero wylecą, nie chce psuć pierwszego wrażenia. Smoothne, ale prawdziwe. Świat jest mały. W samolocie z Warszawy do Frankfurtu spotkałem Gosię Dobrowolską. Nie pamiętacie? „Silver City”. Pani Gosia wraca do domu, czyli do Sydney. Lecimy z Frankfurtu do Singapuru, ale innymi samolotami. Powiedziała, że uwielbia długie loty, a kiedy jest w Polsce kupuje tylko wino Jacob’s Creek.
(Dalej…)