Bonifacio...

Marek | Blog Marka | 2017-07-13, 19:54

Znaczy zostajemy na Korsyce. Pooglądałem wszystkie zdjęcia z 24 sierpnia 2011 roku i widzę, że ładnych obrazów wystarczy jeszcze do następnego wpisu. Bo kiedy, jeśli nie teraz? Już pewnie więcej do tego albumu nie wrócę. To był piękny, gorący dzień. Jak to na Korsyce latem... Moja grupa miała ochotę popłynąć na Sardynię. Ja nie... Musiałem mieć te dwie godziny na "gorącą drogę". Było wczesne popołudnie. Upał sakramencki.


A ja tylko z aparatem fotograficznym. Bez wody... Kolejna taka wpadka. Pomyślałem, że pójdę tak daleko, jak się da. Ale nie pomyślałem, że trzeba będzie przecież wrócić. Dwie godziny na klifie, w pełnym słońcu. Zdjęcia wyszły ładne, ale kiedy koło 17 byłem znowu w Bonifacio, na ostatnich nogach dobiegłem do pierwszego pubu. Już wspominałem, że piwo nigdy mi tak nie smakowało, jak wtedy. Nigdy też nie wypiłem dwóch kufli duszkiem. Mój urolog mówi, że trzeba pić i sikać. Tego dnia nie miałem potrzeby iść do ubikolka. Tak bardzo organizm potrzebował płynów. Pewnie było niezdrowo, ale raz na jakiś czas chyba tak można? Tak było sześć lat temu.
W Częstochowie, poza odwiedzinami Lee Coopera – świetne spodnie i koszule, befsztykiem w „Topolino”, kupiłem chleb. Piekarnia na ulicy Świętego Rocha pachnie chlebem. To dobry znak, pomyślałem. Pani Za Ladą powiedziałem, że w zasadzie od 40 lat szukam smaku chleba z tamtych lat. Poprosiłem o pół bochna. Pani poradziła, żeby wziąć cały. „Będzie Pan zadowolony!”. I jestem. Chleb ma smak dzieciństwa. Nie zaryzykowałem maczania kromki w wodzie i posypania cukrem – tak się wtedy jadło. Masło i pomidor szły ze smakiem chleba świetnie. No tak, ale jeździć po chleb do Częstochowy? To tak, jakby buty kupować w Australii, zęby leczyć w Wiedniu, a do fryzjera latać do Chicago? Bywało, ale co za dużo... Nic to, na razie bochen wystarczy mi na tydzień albo i dłużej, jeśli ciągle będzie zjadliwy.
Muzyka na dziś: nic nowego. Po Tonacji posłuchałem Procol Harum, Yes, ale także Anathemy, London Grammar, Elbow, Johna Mayera. No i zrobiłem kroki, bo rano padało. „Lało i wiało”. Kilka dni temu minąłem 10 milionów kroków od początku czerwca 2015 roku. Wow! Nie wspominając o spalonych kaloriach i połkniętych kilometrach. Brawo ja! No to w nagrodę wino na dziś: Lindeman’s Bin 50 Shiraz 2015, South Eastern Australia. Lubię wracać do tego smaku, bo zawsze wtedy jestem w Kununurra, w Zachodniej Australii. W przedsionku Kimberley.
Lista Trójki, proszę nie zapominać o oddaniu głosów! Jak dobrze, że świeci słońce...

Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...
Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...Bonifacio...

Pozostałe wpisy
» Koniec świata... (2017-09-23, 19:54)
» Czytanie jest ważne... (2017-09-21, 19:54)
» W deszczu, w słońcu... (2017-09-18, 19:54)
» Kompot wieloowocowy... (2017-09-16, 19:54)
» Australijczyk... (2017-09-14, 19:54)
» Babie lato... (2017-09-11, 20:02)
» September Morn... (2017-09-09, 19:54)
» Opole... (2017-09-07, 19:54)
» Żeby już do szkoły... (2017-09-04, 19:54)
» Pod jesień... (2017-09-02, 19:54)
Marek Niedźwiecki RSS Feed

Ten blog to wyraz moich osobistych poglądów. MN